Day 8 Entrep Community
Hello, welcome!
GUIDELINES
Be helpful and relevant
This community is intended to provide helpful,... View more
Pociąg do Wolsztyna i dwie godziny luzu
-
Pociąg do Wolsztyna i dwie godziny luzu
Kupiłem bilet na 16:23. Nie dlatego, że chciałem gdzieś jechać. Po prostu musiałem uciec z domu, zanim oszaleję.
Remont w mieszkaniu trwał już trzeci tydzień. Wiertarki, pył, panowie w butach na balkonie, którzy puszczają disco polo o 7 rano. Żona dostała szału, dziecko płakało, ja miałem ochotę wejść pod prysznic i nie wychodzić. Więc wymyśliłem: pojadę do Wolsztyna. Po co? Nie wiem. Zobaczę parowozy. Może się odstresuję.
Wsiadłem w pociąg. Tłoku nie było. Znalazłem miejsce przy oknie, wyciągnąłem słuchawki, włączyłem muzykę. Spojrzałem na zegarek. Do Wolsztyna – godzina i czterdzieści minut. Potem taka sama droga powrotna. Razem prawie cztery godziny ciszy. Cztery godziny bez wiertarek, bez pyłu, bez dziecka wrzeszczącego “chcę ciastko”.
Niebo szare. Za oknami mijały pola, lasy, jakieś wioski, których nazw nie umiałbym wymówić. Byłem zmęczony. Nie fizycznie – psychicznie. Ten remont wyssał ze mnie całą radość. Pieniądze? Topniały. Kredyt? Rósł. W głowie kręcił mi się jeden numer – ile jeszcze zostało na koncie. Sprawdziłem: 380 złotych. Do końca miesiąca jeszcze 10 dni.
Normalnie bym się załamał. Ale w pociągu, z tą muzyką w uszach i deszczem za oknem, jakoś inaczej to wyglądało. Czułem, że jestem w bezpiecznej bańce. Że nikt tu do mnie nie zadzwoni, nikt nie zapuka, nikt nie powie “panie Andrzeju, trzeba dołożyć do glazury”.
Wyciągnąłem telefon. Przejrzałem wiadomości. Nic ważnego. Przejrzałem Instagrama – same wakacje i uśmiechnięte pary. Zazdrość? Nie. Raczej zobojętnienie. I wtedy, nie wiem dlaczego, przypomniała mi się reklama, która wyskoczyła mi kilka dni temu. Coś o aplikacji do gier. Normalnie bym przewinął. Ale w pociągu, z nudów i z ciszą wokół, pomyślałem: a co mi tam.
Otworzyłem sklep z aplikacjami. Wpisałem w wyszukiwarkę pierwsze hasło, które przyszło mi do głowy. Trafiłem na vavada casino aplikacja. Zrzut ekranu wyglądał przyzwoicie – ciemny motyw, proste ikony, zero dzwonków i gwizdków. Zainstalowałem. Zajęło to może minutę.
Po otwarciu aplikacja poprosiła o logowanie. Nie miałem jeszcze konta, więc zarejestrowałem się. Mail, hasło, potwierdzenie. Poszło gładko. Potem zobaczyłem opcję wpłaty. Pomyślałem: dobra, przegram 30 złotych i będę miał święty spokój. Tyle akurat mogłem wyciągnąć z konta bez bólu. Wpłaciłem.
Pociąg tymczasem mijał jakieś jezioro. Nie patrzyłem. Patrzyłem w telefon.
Zacząłem od prostego automatu. Tematyka dżungla – małpy, banany, złote posągi. Ustawiłem stawkę na 2 złote. Spin. Nic. Spin. Nic. Spin. Mała wygrana – 8 złotych. Po dziesięciu minutach miałem 22 złote. Bez szału. Ale coś mnie trzymało. Może te dźwięki. Może ta głupia nadzieja, że zaraz coś się zmieni.
Zmieniłem grę. Tym razem coś z kosmicznym motywem – statki, planety, laserowe efekty. Postawiłem 5 złotych. Spin. Ekran eksplodował kolorami. Trzy identyczne symbole. Bonus. Potem kolejny bonus. Potem darmowe spiny. Lecieliśmy. Nie nadążałem. Po minutach, które wydawały się wiecznością, licznik się zatrzymał. Wygrana: 460 złotych.
Siedziałem w przedziale sam. Inni pasażerowie spali, czytali, patrzyli w okno. Nikt nie widział, jak mi ręce drżą. Nikt nie słyszał, jak mówię do siebie “kurwa, nie wierzę”. Wypłaciłem od razu 400 złotych. Zostawiłem 60. Pieniądze poszły na Blika. W minutę były na koncie.
Pociąg zwolnił. Wolsztyn. Wysiadłem. Na peronie było pusto, zimno, wiatr wiał od torów. Kupiłem kawę w automacie i poszedłem popatrzeć na parowóz. Stał sobie wielki, czarny, z napisem “Ol49”. Nie wiedziałem, co to znaczy. Ale wyglądał solidnie. Nie tak jak te nowe elektryczne, które psują się co chwilę. On po prostu stał i czekał na lepsze czasy.
Pomyślałem o remoncie. O tych pieniądzach. O tym, że 400 złotych nie załatwi sprawy, ale kupi glazurę na podłogę w łazience. Albo opłaci ekipę na dwa dni. Wsiadłem w pociąg powrotny. Tym razem z uśmiechem. Nie dlatego, że wygrałem. Dlatego, że przez dwie godziny w podróży nie myślałem o problemach. Myślałem o małpach, bananach i kosmicznych statkach. I jakoś to pomogło.
W drodze powrotnej znowu otworzyłem vavada casino aplikacja. Nie po to, żeby grać. Po prostu chciałem zobaczyć, czy to prawda. Konto pokazywało 60 złotych. Postanowiłem zagrać jeszcze raz, ale małą stawką. 2 złote na spin. Pociąg bujał, za oknami robiło się ciemno. Kręciłem powoli, bez ciśnienia. Po 20 minutach przegrałem te 60. I tyle. Koniec.
Nie wściekałem się. Nie żałowałem. Wiedziałem, że to część gry.
Wróciłem do domu o 21. Remont dalej trwał. Pył dalej leciał. Ale ja wszedłem z kawą w ręku, uśmiechnąłem się do żony i powiedziałem: “Mam 400 złotych na glazurę”. Popatrzyła na mnie jak na wariata. “Skąd?” – zapytała. “Znalazłem” – powiedziałem. I to była prawda. Znalazłem w aplikacji, którą zainstalowałem w pociągu do Wolsztyna.
Czy polecam hazard? Nie. To niebezpieczna ścieżka. Ale powiem wam coś – czasem cztery godziny w pociągu i odrobina głupiego szczęścia mogą uratować tydzień. Mnie uratowały. I do dzisiaj, ilekroć widzę parowóz, myślę o tamtym wieczorze. I o tym, że vavada casino aplikacja wciąż jest na moim telefonie. Nie używam jej często. Ale czasem, w nudnej podróży, odpalę. I wspominam.
Sorry, there were no replies found.
Log in to reply.